Wacław Piotr Janaszek (1903 - 1944)
Lata przedwojenne
![]() |
Młody Wacław Janaszek (źródło fot. sppw1944.org) |
![]() |
Wacław Janaszek w mundurze kadeta (źródło fot. sppw1944.org) |
Ta rozwija się błyskawicznie. W październiku 1923 r. Wacław Janaszek rozpoczął studia w Oficerskiej Szkole Inżynierii w Warszawie, a 4 kwietnia 1924 r. awansowano go do stopnia plutonowego podchorążego. Dnia 27 lipca 1924 r. (rozkazem dz. 173/24). Od września 1924 roku służył już jako podchorąży w 1 kompanii VII Baonu Saperów w Sandomierzu. Po ukończeniu 2-letniego zasadniczego kursu Oficerskiej Szkoły Inżynierii z tytułem najlepszego ucznia (1 października 1925 r.), Wacław Janaszek uzyskał stopień podporucznika saperów służby stałej w Korpusie Inżynierii i Saperów Wojska Polskiego
(7 października 1925 r. rozkazem dz. 101/25). 29 września 1926 roku ukończył pełny 3-letni kurs w Oficerskiej Szkole Inżynierii. Tu także zajął pierwsze miejsce wśród studentów, za co nagrodzono go pamiątkową srebrną szablą od Prezydenta RP. 30 września 1926 roku ppor. Wacław Janaszek rozpoczął służbę jako młodszy oficer w 5 pułku saperów w Krakowie Dąbiu. Jednostka swoją siedzibę miała przy ulicy Kosynierów, w budynkach zajmowanych wcześniej przez austriacki 3 Feldkanonenregiment (3 Pułk Armat Polowych Austro-Węgier). Także w życiu prywatnym układało się dobrze młodemu oficerowi. W Warszawie, w kościele św. Jana w Warszawie wziął ślub z Natalią Goździk (27 sierpnia 1927 r.). W tym samym roku uzyskał też kolejny awans - na stopień porucznika saperów służby stałej (rozkazem dz. 19/27). Od grudnia 1927 roku pełnił funkcję oficera oświatowego w 5 pułku saperów. Na Dąbiu spędził dwa lata, po czym przeniesiono go do Batalionu Szkolnego Saperów w Modlinie (DP 9/28 str. 149). Młody, bo zaledwie 25-letni oficer zostaje zauważony i doceniony przez przełożonych. Otrzymuje dwa odznaczenia - medal "Za Wojnę 1918-1921" (10 listopada 1928 r. - rozk.dz. 78/28), i medal "Dziesięciolecia Odzyskania Niepodległości" (11 grudnia 1928 roku - rozk.dz. 87/28).
![]() |
Kadra 5 pułku saperów Kraków-Dąbie. Wacław Janaszek, ostatni rząd, pierwszy z lewej (źródło fot. sppw1944.org) |
![]() |
Centrum Wyszkolenia Saperów w Modlinie - rok 1930 Wacław Janaszek - ósmy od lewej (źródło fot. sppw1944.org) |
![]() |
Wacław Janaszek w mundurze kapitana 1938 r. (źródło fot. sppw1944.org) |
![]() |
Barbara Seydlitz w czasach panieńskich (źródło fot. sppw1944.org) |
II wojna światowa
![]() |
Wacław Janaszek - 1940 r. (źródło fot. sppw1944.org) |
POZ powstał wiosną 1940 roku jako połączenie Centralnego Związku Młodzieży Wiejskiej "Siew" (CZMW) z niezrzeszonymi nigdzie indziej oficerami krytycznie odnoszącymi się do decyzji starszych generałów, którym zarzucano przede wszystkim nieudolność taktyczną. Warto pamiętać, że młoda kadra oficerska kształcona była już w wolnej Polsce, w zupełnie innych warunkach niż starsi, którzy karierę wojskową zaczynali jeszcze pod zaborami, a szczyt ich formy przypadł na I wojnę światową, lub wojnę polsko-bolszewicką. Walka z niemieckim okupantem, wyposażonym w nowoczesny sprzęt była czymś zupełnie innym. Nic więc dziwnego, że w POZ postawiono głównie na młodych. To przyciągnęło innych i z czasem dołączyły także: Polska Organizacja Bojowa, Wojskowa Organizacja Wolności "Znak", część Związku Czynu Zbrojnego (ZCZ), część Tajnej Armii Polska (TAP), część Gwardii Obrony Narodowej (GON), część Organizacji Wojskowej "Wilki" oraz część "Pobudki". Nowa organizacja po scaleniu przyjęła nazwę Polska Organizacja Zbrojna "Znak" (POZ "Znak") i objęła swoim zasięgiem całą Generalną Gubernię.
![]() |
Podpisy "Jaryny" i "Zagończyka" (źródło fot. sppw1944.org) |
POZ nawiązał współpracę ze Związkiem Walki Zbrojnej (ZWZ), w ramach którego powstał w kwietniu 1940 Związek Odwetu (późniejszy Kedyw). Jego zadaniem było prowadzenie działań sabotażowo-dywersyjnych. Świetnie odnalazł się w tym Wacław Janaszek, w którego rękach spoczęła koordynacja i współdziałanie taktyczno-operacyjne w zakresie bieżącej walki czynnej. We wrześniu lub listopadzie Okręg I POZ włączono do Armii Krajowej (powstałej z ZWZ). Wacław Janaszek prowadził tajne archiwum, w którym zanotował, że do AK przekazano łącznie około 4.000 oficerów, podchorążych, podoficerów i szeregowych z 6 warszawskich dzielnic i powiatu warszawskiego. Były to oddziały cenne, o dużym stażu konspiracyjnym, dobrze wyszkolone, z dość dużymi zasobami uzbrojenia. Talent organizacyjny Janaszka został doceniony i 5 maja 1941 r. (rozkazem L. 21/BP) mianowano go majorem saperów służby stałej. Po włączeniu Okręgu I POZ do Armii Krajowej mjr. Wacław Janaszek przeszedł całkowicie do pracy w Kedywie KG AK.
![]() |
Sfałszowany Ausweis na nazwisko Łyżniak (źródło fot. sppw1944.org) |
![]() |
W mieszkaniu profesora Essmanowskiego (źródło fot. sppw1944.org) |
Pismo powstało w lutym 1941 roku z inicjatywy Janaszka. Miało przede wszystkim charakter szkoleniowo-techniczny. Żołnierze znajdowali w nim opisy różnych rodzajów uzbrojenia, a przede wszystkim instrukcje jego obsługi. Szeregi armii podziemnej zasilały rzesze młodych ludzi, często bez przygotowania wojskowego. Od umiejętności obchodzenia się z bronią i oceny uzbrojenia przeciwnika zależało życie lub śmierć. W "Żołnierzu Polskim" zamieszczano także artykuły omawiające z polskiej perspektywy bieżącą sytuację polityczną. Początkowo był to dwutygodnik o nakładzie do 12.000 egz., rozprowadzany przez sieć kolportażu. Michał Wojewódzki zastąpił Wacława Janaszka na stanowisku redaktora naczelnego i nieco zmodyfikował pismo, czyniąc z niego miesięcznik mający zasięg we wszystkich strukturach Armii Krajowej
Jak widać, w tym czasie nastroje w Warszawie były takie, że nie brakowało chętnych do działań konspiracyjnych. Potrzebowano żołnierzy, sanitariuszy, kolporterów, łączników, drukarzy, nauczycieli, fałszerzy. Wydaje się, że Wacław Janaszek musiał być osobą charyzmatyczną gdyż nie tylko dobrze sobie radził z organizacją, ale sam osobiście zwerbował kilku, jak się potem okazało, cennych członków. Najprawdopodobniej Niemcy zdawali sobie sprawę z jego znaczenia w strukturach podziemnych, ponieważ w lutym 1941 r. w jego otoczeniu pojawił się dawny znajomy, były oficer zawodowy. Spotkany niby przypadkiem na Nowym Świecie, bardzo natrętnie wypytywał o działalność konspiracyjną i dawnych kolegów. Sam również podawał się za członka konspiracji, jednak jego wypowiedzi były niejasne, pozbawione konkretów. Wzbudziły w Janaszku nieufność, jak się okazało (po przeprowadzeniu pobieżnego rozeznania), raczej uzasadnioną. Z obawy przed schwytaniem zmienił mieszkanie i nazwisko. Jako Wacław Wolski zamieszkał w lokalu mydlarni przy ul. Staszica. W nowych dokumentach Barbara znów figuruje jako jego żona, a Halina - córka (a nie jak do tej pory siostry). Mieszkanie przy Staszica zajmowali krótko. Przeniesiono ich na Pragę do mieszkania przy ul Stalowej 47. Konspiracja była tak skuteczna, że rodzina Janaszka jeszcze po wojnie w pamięci części mieszkańców pozostała pod nazwiskiem Wolski.
![]() |
Franciszek Niepokólczycki "Teodor" (źródło fot. Wikipedia) |
![]() |
Wacław Janszek z synem (źródło fot. sppw1944.org) |
![]() |
Konspiracyjny spacer (źródło fot. sppw1944.org) |
![]() |
Frantz Kutschera (źródło fot. przystanekhistoria.pl) |
Powstanie Warszawskie
możliwości militarne warszawskich oddziałów powstańczych i realia polityczne. Widział jak umierało powstanie w Getcie Warszawskim - pozbawione pomocy z zewnątrz, zdławione w ciasnych murach. Próbował wszak mu pomóc, bezskutecznie zresztą. Wiedział, że i to planowane obecnie nie ma szans powodzenia jeśli zdane będzie tylko na siły warszawskie. Docierały do niego informacje o skutkach Akcji "Burza" i o tym jak Armia Czerwona potraktowała żołnierzy wileńskiego AK. Nie miał podstaw by sądzić, że w Warszawie będzie inaczej. Mimo to, bez nadziei na zwycięstwo, przystąpił wraz z innymi 1 sierpnia 1944 r. do powstania. We wspomnieniach żony i córki dokładnie zachował się moment podjęcia tej decyzji.
- Powstanie warszawskie - mówił zakładając na siebie plecak, w którym znajdowały się zapasowa bielizna, menażka i suchary - powiększy serię nieudanych powstań polskich, wykrwawi się w nim najlepsza młodzież, a korzyść z tego czerpać będą tylko polityczne sępy
- To nie idź - powiedziała zrozpaczona żona. - Zostań z nami na Pradze. Jakoś się później wykręcisz.
- Jestem żołnierzem - odpowiedział Wacław. - Obowiązkiem żołnierza jest wypełniać rozkazy, inaczej jest zdrajcą i dezerterem, i należy mu się kula w łeb.
Do Powstania przystąpił jako szef zgrupowania "Radosław" złożonego z takich oddziałów Kedywu KG AK jak "Czata 49", "Miotła", "Parasol", "Pięść" i "Zośka", kompanii "Topolnicki", oddziału dywersji bojowej kobiet "Dysk" i kompanii Kedywu OW "Kolegium A". W dniu 1 sierpnia 1944 roku o godz. 12.00 w mieszkaniu przy ul. Kruczej 42 w Śródmieściu odbyła się odprawa dowództwa Zgrupowania "Radosław". Uczestniczyli w niej: dowódca Zgrupowania ppłk Jan Mazurkiewicz "Radosław", szef Sztabu mjr Wacław Janaszak "Bolek", szef sanitariatu mjr Cyprian Sadowski "Skiba", szef łączności ktp. Wacław Hojna "Horodyński", dowódca brygady Broda 53 ktp. Jan Kajus Andrzejewski "Jan", dowódca bat. "Parasol" kpt. Adam Borys "Pług", dowódca bat. "Miotła" kpt. Władysław Mazurkiewicz "Niebora", d-ca oddziału osłonowego ppor. Franciszek Jurecki "Tatar", dowódca odwodu kpt. Mieczysław Krukowski "Sawa" i kwatermistrz por. Nowosielski "Szczęsny". Na odprawie podano godzinę K (koncentracja) i godzinę W (wybuch powstania). Odprawa zakończyła się o 12.25.
Po pozbyciu się Niemców należało przystosować teren na potrzeby wojska. Zbudowano barykady, zaś Wacław Janaszek wraz ze "Skałą" i "Jagą" (łączniczką), wytyczyli trasę łączności z Komendą Główną. Przewody szły nad dachami, drzewami, okrężną drogą, by ominąć tereny, w których toczyły się zaciekłe walki, stanowiące zagrożenie dla ciągłości przekazu. Sprawna łączność w sytuacji gdy poszczególne oddziały znajdowały się w ciągłym ruchu, a rozkazy zmieniały się z minuty na minutę była jednym ze bezwzględnych warunków powodzenia i minimalizowania strat. Tymczasem walki trwały nieprzerwanie w pozostałych częściach miasta. Żołnierze "Miotły" uderzyli na fabrykę Monopolu Tytoniowego przy ul. Dzielnej, zdobywając ją nocą z 1-go na 2-go sierpnia. Kolejnym krokiem było wyzwolenie więźniów KL Warschau, którego podjęła się 2 kompania "Zośki". Była to druga próba zdobycia tego terenu. Pierwsza, powierzona Batalionowi im. Waleriana Łukasińskiego zakończyła się niepowodzeniem. Pierwszego sierpnia w ręce Polaków wpadł komendant polityczny obozu. Po jego przesłuchaniu okazało się, że w budynkach wciąż są przetrzymywani więźniowie, którzy mogą w każdej chwili zostać wymordowani. KL Warschau to utworzony jeszcze w lipcu 1943 na terenach zniszczonego Getta Warszawskiego roku obóz koncentracyjny, w którym przetrzymywano Żydów z różnych części Europy. Do ich pilnowania sprowadzono niemieckich kryminalistów, więźniów zaś wykorzystywano głównie do likwidowania ruin Getta Warszawskiego i segregacji mienia pozostawionego przez jego mieszkańców. Urządzano tam też masowe egzekucje zarówno Żydów, jak i Polaków. Szacuje się, że na terenie KL Warschau mogło ponieść śmierć nawet 20 tysięcy osób (wliczając w to przywiezionych w celu rozstrzelania z innych części miasta). Obóz ten zlikwidowano w bardzo brutalny sposób po upadku Powstania, przed nadejściem Armii Czerwonej. W akcji wyzwolenia udało się zwrócić wolność 348 Żydom, wśród których były 24 kobiety. Nim jednak do tego doszło, należało starannie się przygotować. Ostateczny atak i całkowite wyzwolenie obozu miało miejsce 5 sierpnia 1944 roku. Było możliwe między innymi dzięki użyciu zdobytych 2 sierpnia nieprzyjacielskich czołgów.
Historycy spierają się co do motywacji uderzenia na budynki obozu. Wynika to z rozbieżności we wspomnieniach samych uczestników. Jan Kajus Andrzejewski "Jan" i Wiesław Micuta "Wacek" uznali, że ich obowiązkiem jest wyzwolenie więźniów, Udali się w tym celu do dowódcy, jednak Jan Mazurkiewicz "Radosław", obawiając się znacznych strat przy stosunkowo niewielkich korzyściach militarnych ze zdobytego terenu, ograniczył zapał młodszych kolegów i wyraził zgodę jedynie na użycie części zasobów Zgrupowania i jedynie ochotniczych oddziałów. Jak się okazało, udało się taktycznie wykorzystać zwycięstwo, uzyskując naziemne połączenie między Wolą, a Starym Miastem, co znacznie usprawniło łączność, jednak część Powstańców, a za nimi historycy utrzymywało, że to chęć wyzwolenia więźniów była głównym motorem ataku na KL Warschau. Ich nagłę pojawienie się na ulicach Warszawy wywołało pewne zamieszanie. Część natychmiast zgłosiła chęć zaciągnięcia się w szeregi AK, jednak większość nie miała przygotowania bojowego, była wyczerpana, a ponadto nie znała języka polskiego i nie posiadała żadnych dokumentów. Jako obcokrajowcy, wyróżniali się mocno. Nie mieli też dokąd się udać, nie mając żadnego majątku ani nikogo znajomego na miejscu. Z braku lepszego pomysłu, dowództwo AK postanowiło umieścić ich wraz z niemieckimi jeńcami, jednak zaniechano tego. Z jednej w odezwach strony nakazywano ostrożność, z drugiej w zarodku tłumiono (nieliczne zresztą) przypadki antysemickich zaczepek wobec uwolnionych. Fakt wyzwolenia obozu opisano bardzo dokładnie w powstańczej prasie, zapewne by dodać ducha walczącym i pokazać, że ich ofiara przełożyła się na ocalenie życia konkretnych ludzi. Ostatecznie podzielili jednak los swoich wybawicieli, ginąc obok nich z bronią w ręku. Uwolnieni z obozu weterani walk w Getcie Warszawskim, Henryk Lederman "Heniek" i Dawid Goldman "Gutek", mimo iż sami ostatecznie zginęli, przyczynili się do uratowania wielu Warszawiaków wyprowadzając ich kanałami z miasta.
W tym czasie głównym zadaniem Wacława Janaszka było zorganizowanie współpracy między Zgrupowaniami "Radosław" i "Sosna" w celu zdobycia rogu ul. Żelaznej i Leszna. Następnie skierował Bataliony "Miotła" i "Zośka" przy wsparciu powstańczych czołgów i wsparciu od strony Leszna i Żelaznej oddziałów "Gustawa" i "Ostoi" od południa na wyjątkowo zaciekłe oddziały niemieckiej policji. Walki trwały od dwóch dni, a po stronie Powstańców rosły straty. Współpraca z oddziałami od strony Leszna nie układała się. Na domiar złego batalion Janaszka dostał się w ogień nalotów niemieckich, co uniemożliwiło mu walkę. Rannych ulokowano w Szpitalu polowym Karola i Marii. Punktem zwrotnym w historii walk na Woli okazał się 5 sierpnia, kiedy od strony zachodniej (ul. Żytnia i Długosza) Niemcy przeprowadzają silne natarcie. Gdy część Bataliou "Zośka" święci tryumfy wyzwalając KL Warschau, major Wacław Janaszek "Bolek" ma swoje kłopoty. O 17.00 część oddziałów "Pięści", "Parasola", "Czaty" i "Zośki" zaatakowała od boku zbliżające się na Wolę oddziały niemieckie, zatrzymując je na chwilę. Żołnierze dostali się jednak pod ciężki ostrzał nieprzyjaciela. Od 5 do 11 sierpnia Zgrupowanie "Radosław", tocząc nieustanną walkę stopniowo wycofywało się pod przeważającą siłą ataków przeciwnika. Presja była ogromna gdyż Niemcy każdy kolejny metr ulic, jaki zdobyli, zalewali krwią cywilnej ludności. Dowódcy poszczególnych batalionów "Radosława" mieli zapewne pełną świadomość, że ich wybór to śmierć lub śmierć. Zabici lub ciężko ranni zostają kolejni oficerowie, w tym dowódca Jan Mazurkiewicz "Radosław". W ciągu kliku dni, Niemcy pozbawili dowództwa batalion "Miotła" oraz całe Zgrupowanie "Radosław". W tej sytuacji miejsce Mazurkiewicza zajął major Wacław Janaszek. Przekonany o nieuchronnej klęsce Powstania jeszcze przed jego wybuchem, wiedząc, że jego wykrwawiające się oddziały nie zdołają dłużej stawiać oporu niemieckiej ofensywie, przyjął inną taktykę. Komenda Główna AK została przeniesiona na ul. Długą 7 do Pałacu Krasińskich. Priorytetem okazała się obrona Starego Miasta od południowego zachodu. Niemcy, dobijając po drodze kolejne oddziały starające się ich zatrzymać lub przynajmniej rozproszyć przeważające siły, zmniejszyli liczbę podwładnych Janaszka do 659 osób. "Bolek" rozlokował resztki swego zgrupowania pomiędzy ulicami Żoliborską, Pokorną, Muranowską, Przebieg i Bonifraterską. Dowództwo, początkowo stacjonujące przy ul. Muranowskiej 4, przeniesiono na ul. Przebieg 2, a w końcu Mławską 5. Przez niemal cały czas "Radosław" znajdował się pod ostrzałem przeważających sił niemieckich napierających od strony fortu Traugutta, Dworca Gdańskiego i Stawek. 14 sierpnia odbyła się zwycięska bitwa, wskutek której nieprzyjaciel na chwilę wycofał się Stawkom. Jan Mazurkiewicz "Radosław" nadal przebywał w szpitalu z powodu ran odniesionych w walkach o ul. Okopową, jednak częściowo przynajmniej posiadał uprawnienia dowódcy. 15 sierpnia 1944 roku nagrodził majora Wacława Janaszka awansem na podpułkownika. Tak opisał go we wniosku:
"Umiejętność planowania, rzeczowa ocena sytuacji, duże opanowanie. W walce spokojny, i opanowany. Bardzo dobry dowódca w polu".
Wszystko to odbywało się jednak kosztem ogromnych strat. Szpitale polowe zapełniały się rannymi, brakowało sanitariuszy i leków, w dodatku wraz z utratą kolejnych ulic trzeba było rannych przenosić, co było skomplikowanym i niebezpiecznym przedsięwzięciem. Oddziały powstańcze nadal były rozproszone, a ich kontakt znacznie utrudniony. Postanowiono więc przebić korytarz między Starym Miastem, a Żoliborzem. Na termin operacji wybrano noc z 21 na 22 sierpnia. Natarcie poprowadzono w kierunku Dworca Gdańskiego jednocześnie z obu stron: od Żoliborza i Starego Miasta. Dowództwo oddziałów stacjonujących na Starówce objął Wacław Janaszek. Walki rozpoczęły się o godz. 3.00 i brało w nim udział 350 ludzi. Część z z kompanii "Zośki" i "Czaty" Zgrupowania "Radosław", część z kompanii por. "Konrada" z AL. Niestety, gdy oddziały wkroczyły na boisko "Polonii", okazało się, że fort Tarugutta nadal zajmują Niemcy. Oddziały "Żywiciela" (około 300 żołnierzy) i zgrupowania mjr. "Okonia" (około 650 żołnierzy przybyłych z Puszczy Kampinoskiej), które od strony Żoliborza rozpoczęły atak o 2.30, przed "Radosławem" i "Konradem" zostały rozgromione przez krzyżowy ogień z Cytadeli, pociągu pancernego oraz z fortu Traugutta. Nie mogli już stanowić dla "Radosława" żadnego wsparcia. Wszystkie oddziały polskie poniosły ciężkie straty i wycofały się na wcześniejsze pozycje. Jednostki przysłane na pomoc z rejonu ul. Leszno przybyły już po zakończeniu natarcia. Szacuje się, że w próbach połączenia Starego Miasta i Żoliborza ok. 500 Powstańców zostało zabitych i rannych. Za brak koordynacji ataku winę ponosił przede wszystkim brak należytej łączności. Meldunki przekazywano przez radiostację Stanmoor pod Londynem, toteż docierały one ze znacznym opóźnieniem. Żołnierze przybyli z Puszczy Kampinowskiej nie znali topografii miasta i nie umieli w nim walczyć. Na skutek walk, dowództwo Zgrupowania, znajdujące się zbyt blisko nieprzyjacielskiego ognia należało przenieść z ul. Mławskiej na ul. Koźlą 7. To z pozoru drobne wydarzenie (wszak kwaterę przenoszono wielokrotnie) okazało się mieć decydujący wpływ na losy Wacława Janaszka "Bolka", Mieczysława Krukowskiego "Sawy" i reszty sztabu "Radosława". 25 sierpnia ok. godz. 10.00 budynek został trafiony przez pocisk z ciężkiego moździerza. Ciężkie rany odnoszą major Wacław Janaszek "Bolek" (wybuch wyszarpał mu niemal całą łydkę), kapitan Mieczysław Krukowski "Sawa" (stracił stopę), a także 4 łączniczki. Mniej dotkliwe rany odniósł kapitan "Horodyński". Rannych przeniesiono do szpitala polowego przy ul. Długiej 24 (w gmachu Archiwum Głównym Akt Dawnych). Janaszek stracił mnóstwo krwi. Konieczna była operacja, a tymczasem walki na Starym Mieście toczyły się dalej ze zmiennym szczęściem. W końcu szpital dostał się w ręce niemieckie. Wydawać by się mogło, że los rannych był przesądzony gdy do budynku wkroczyły oddziały Dirlewangera znane ze szczególnej bezwzględności. Tak wielkiej, że budzącej odrazę nawet części niemieckiej generalicji (podobnie jak sam dowódca, skazany jeszcze przed wojną na wyrok dwóch lat więzienia za gwałt na nieletniej). Zbrodniarze przystąpili do eksterminacji rannych. Okazało się jednak, że są wśród nich nie tylko Polacy, ale także żołnierze niemieccy, w tym SS-mani. Otoczeni przez polskich lekarzy opieką taką samą, jak polscy ranni, okazali rzadko spotykaną wdzięczność i wstawili się za innymi pacjentami. Na chwilę zwykła, ludzka przyzwoitość i poczucie honoru zwyciężyło nad nazistowskim bestialstwem. Janaszek i Krukowski i tym razem wymknęli się śmierci. Po odbiciu szpitala przez siły powstańcze przez jakiś czas znów byli bezpieczni. O ile w gorączce , pod działaniem leków ie mieli jednak złudzeń, że to koniec Powstania. Pewną ulgę przyniósł zapewne fakt, że Jan Mazurkewicz "Radosław" doszedł nieco do siebie i 27 sierpnia ponownie objął dowództwo Zgrupowania zdejmując z barków rannego Janaszka spory ciężar. Zresztą, w tym stanie Janaszek i tak nie był zdolny do dowodzenia. Mazurkiewicz wycofał swoje oddziały pod Pałac Krasińskich, w pobliże włazów do kanałów. W tym miejscu historia zatoczyła koło, bowiem organizacją ewakuacji kanałami zajmowali się głównie Żydzi wyzwoleni przez Zgrupowanie "Radosław" z KL Warschau. Mieli doświadczenie w poruszaniu się kanałami i znali doskonale ich rozkład, była to bowiem jedna z niewielu dróg ucieczki z Getta na aryjską stronę miasta. Nocą z 1 na 2 sierpnia rozpoczęto ewakuację części batalionu "Zośka" wraz z rannymi. "Bolek" i "Sawa", na noszach zostali przez ochotników (zgłosili się Żydzi wyzwoleni z Gęsiówki, jak nazywano rejon miasta, w którym znajdowały się zbudowania KL Warschau) zniesieni do kanałów. Wciąż mieli poważne rany gdy znaleźli się w ciemnym, śmierdzącym, pełnym bakterii kanale. Taka ewakuacja potrafiła być zabójcza. Bywało, że ludzie dostawali ataków paniki, mieli halucynacje, mdleli z powodu niedotlenienia lub tracili zmysły. Na szczęście dla rannych, wysoka gorączka i osłabienie sprawiło, że szybko stracili przytomność i nie odczuli wszystkich okropności przebytej drogi. Akcja odbyła się zresztą nader sprawnie. Przechwycono ich przy ul. Wareckiej. Reszta oddziału, która nie zeszła do kanałów pozostała w rejonie ul. Zielonej, gdzie oczekiwała na dalsze rozkazy. Po dwóch dniach skierowano ich na przyczółek Czerniakowski. W tym miejscu losy Wacława Janaszka i jego ludzi ze Zgrupowania "Radosław" rozdzieliły się.
Z nieznanego do dziś powodu, rannych Janaszka i Krukowskiego odesłano nie do pobliskiego szpitala polowego przy ul. Konopczyńskiego 7, ale do dość odległego szpitala na Powiślu przy ul. Drewnianej 8. To przesądziło ostatecznie o losie obu mężczyzn. Wysłany przez kapitan Marię Zienkiewicz "Irmę", szefową łączniczek sztabu Kedywu KG AK patrol sanitarny nie dotarł już na miejsce. Odciął mu drogę nieprzyjacielski szturm. Mimo to, zdecydowano się operować Wacława Janaszka kolejny raz, z pomyślnym zresztą skutkiem. Lekko rannych ewakuowano. Na ewakuację tych w gorszym stanie nie zgodził się lekarz. Zatarto zatem ślady pobytu w szpitalu konspiracyjnych żołnierzy. Niemcy, którzy po 7 września opanowali Powiśle zastali, jak im wmówiono cywilny szpital, jednak to nie przeszkodziło im w eksterminacji jego pacjentów. "Przypadkowo" wrzucony granat zniszczył pierwsze piętro i pozbawił życia wielu chorych, a personel medyczny zmusił do przeniesienia pozostałych do piwnicy. Do 27 września szpital pozostawał na uboczu walk, jednak o tym, że co jakiś czas był odwiedzany przez Niemców, którzy niszczyli jego pomieszczenia. Mimo to udawało się utrzymać rannych przy życiu. Relacje świadków wspominają, że stan ten zawdzięczano głównie jednemu z oficerów Wermachtu, Ślązakowi z pochodzenia. Zaopatrywał on w żywność pacjentów i personel. Starał się też dodawać im ducha, mówiąc, że wkrótce, wraz z nadejściem Armii Czerwonej wojna się skończy. Niestety, jego wstawiennictwo nic nie znaczyło dla oddziałów grupy bojowej SS-Gruppenführera Heinricha Reinefartha, która zajęła szpital ok. godziny 14.00. Znani z okrucieństwa, biciem wypędzili personel szpitalny na podwórze, a potem z broni kalibru 9 mm (o czym świadczą znalezione na miejscu zbrodni łuski), rozstrzelano wszystkich rannych. Wśród nich także Janaszka i Krukowskiego. Szczegóły zbrodni znane są między innymi z relacji Romany Krukowskiej (żony "Sawy"), opiekującej się mężem w szpitalu. Wspominała, że był to widok makabryczny. Nadzieja Lisiecka, która towarzyszyła rannemu synowi Konradowi Erykowi Lisieckiemu, również Powstańcowi została zamordowana. Zarówno ranni, jak i obsada szpitala byli całkowicie bezbronni i nie stanowili najmniejszego zagrożenia dla Niemców. Pozostawienie ich przy życiu nie miałoby żadnego znaczenia dla dalszego przebiegu walk. Niemcy zduszali bowiem już ostatnie iskry powstańczego oporu. Mimo to żądza mordu żołdaków Reinefartha była tak silna, że pozabijawszy rannych, leżących, często nawet nieprzytomnych ludzi, skierowali się przeciwko lekarzom i sanitariuszkom. Ustawionych już w szeregu do egzekucji w ostatniej chwili uratowała interwencja jakiegoś niemieckiego oficera. Czy żołnierza Wermachtu, który opiekował się szpitalem? A może kogoś innego? Ciała zabitych zostały oblane benzyną i podpalone, a potem rzucono pomiędzy nie granat. Nie zezwolono nawet Romanie Krukowskiej na zdjęcie z ręki zabitego męża obrączki i zegarka, które chciała zachować na pamiątkę. Ocalałych z kaźni połączono z grupą pozostałych cywili i wypędzono z Warszawy.
Dopiero w listopadzie 1944 roku, kilka miesięcy po upadku powstania podjęto próby rozpoznania zabitych w szpitalu przy drewnianej. Dokonał tego Jerzy , także Powstaniec z kompanii "Genowefa", brat Konrada Eryka Lisieckiego. Przedostał się do Warszawy z Pruszkowa, odszukał świadków zdarzenia i miejsce spoczynku ciał zamordowanych. Zwłoki znajdowały się nadal na Drewnianej, spalone i praktycznie nierozpoznawalne. Z trudem udało mu się odnaleźć ciało matki. Zmuszony był jednak pozostawić miejsce nienaruszone. W lutym 1945 roku, nadal nierozpoznanych, pochowano wszystkich w prowizorycznym, zbiorowym grobie. Ekshumacji grobu w celu rozpoznania zabitych dokonano dopiero trzy miesiące później, w maju. Zwłoki zdążyły już ulec znacznemu rozkładowi. Rozpoznawano je jedynie po uzębieniu lub zwęglonych szczątkach ubrań. Niektóre, jak ciała Wacława Janaszka i Mieczysława Krukowskiego były ze sobą splątane. Wdowy po obu żołnierzach, Barbara Janaszek i Romana Krukowska uznały to za symboliczne, bowiem "Bolek" i "Sawa" nie tylko współpracowali ściśle przez całą wojnę, ale przyjaźnili się ze sobą. Pochowano ich zatem we wspólnym grobie, a przyjaźń obu rodzin przetrwała długie lata, kontynuowana przez synów, Mieczysława Krukowskiego i Macieja Janaszka. Zebrane do drewnianych trumien szczątki w uroczystym kondukcie przewieziono na Powązki. Za zasługi i cnoty żołnierskie podpułkownik Wacław Janaszek został odznaczony 3-krotnie Krzyżem Walecznych oraz pośmiertnie Srebrnym Krzyżem (V kl.) Orderu Wojennego Virtuti Militari (nr 13005 rozk. 512/BP z 2.10.1944 r.).
Zgrupowanie "Radosław" wykrwawiło się na Mokotowie i Górnym Czerniakowie. z ok. 2300 ludzi (stan z 1 sierpnia 1944 roku), kanałami zdołało opuścić Warszawę 230 żołnierzy. Z uwolnionych z KL Warschau 348 więźniów zginęli prawie wszyscy. Znane są nazwiska kilkunastu, może kilkudziesięciu ocalałych. Rzeź Woli (5-7 sierpnia 1944 roku), będąca bezpośrednim następstwem opisywanych wydarzeń pochłonęła co najmniej 15 tys. istnień, a większość historyków liczbę ofiar szacuje nawet na 30 - 65 tys. osób. Uznaje się to za największą masakrę ludności cywilnej na terenie Europy w czasie trwania całej II wojny światowej. Pozostaje tajemnicą, jakim cudem udało się zachować przy życiu rodzinie Wacława Janaszka - żonie, nastoletniej córce i półtorarocznemu synowi. Dzieci przez cały czas w marę możliwości przebywały blisko ojca. Starał się poświęcać im jak najwięcej czasu, w wojennych warunkach, mimo trudności materialnych, dzielenia się swym wynagrodzeniem z będącymi w jeszcze gorszym położeniu rodzinami zabitych lub aresztowanych towarzyszy broni, Wacław Janaszek potrafił kupować książki z myślą o rozrywce, ale i rozwoju intelektualnym dzieci. Nie doczekał możliwości zobaczenia, jak oboje kończą wyższe studnia. Halina, córka z pierwszego małżeństwa, mimo rozwodu rodziców cały czas przebywająca przy ojcu, a z czasem pomagająca mu w konspiracyjnej pracy, została profesorką slawistyki. Maciej Janaszek odziedziczył talent techniczny po ojcu i został magistrem inżynierem elektroniki. Zebrał i udostępnił pamiątki po ojcu, które posłużyły do bardzo szczegółowego odtworzenia przebiegu jego życia i działalności wojskowej. W 1965 roku odsłonił pamiątkową tablicę w miejscu gdzie dokonano haniebnej egzekucji jego ojca i pozostałych rannych. Pochowany w bezimiennym grobie, oblany benzyną i podpalony Wacław Janaszek pozostał w serdecznej pamięci swoich bliskich. Zbrodniarz niemiecki, ale przecież także, jak Janszek zawodowy żołnierz, Frantz Kutchera pochowany został z wielką pompą, a nad grobem jego dokonano pośmiertnych zaślubin. Jest w tym coś symbolicznego, że w tym samym praktycznie wieku stanęli po przeciwnej stronie barykady, wskutek czego ich synowie nie mieli okazji ich poznać. Syn Frantza Kutschery, urodzony już po przeprowadzonym przez Kedyw zamachu na ojca, wyrzekł się nazwiska i nadanego po ojcu imienia. Poświęcił życie zdobywaniu szczytów górskich, a nie zbrodniczej ideologii. Kat Woli - Heinz Reinefarth, dowódca oddziałów odpowiedzialnych także za pacyfikację szpitala na ul. Drewnianej z winy aliantów nie poniósł nigdy kary za swe zbrodnie. Uczyniono z niego świadka podczas Procesu Norymberskiego, a potem pozwolono osiedlić się w Niemczech Zachodnich na wyspie Sylt. Jego przeszłość nie stanowiła tajemnicy, mimo to, wielokrotnie lekceważono polskie prośby o ekstradycję. Zrobił karierę polityczną doprowadzając do rozkwitu miasto Westerland. Los wydaje się być niesprawiedliwy, ale może i w tym tkwi jakiś sens. Może jego pokutą miała być nie śmierć, ale potrzebne było, aby to życie nie stanowiło jedynie niekończącego się pasma gwałtów i zbrodni, by przyniosło cokolwiek dobrego? Gdy skończyła się jego "służba" i swoi go odrzucili, w 2014 roku odsłaniając tablicę poświęconą Powstaniu Warszawskiemu na budynku ratusza w Westerland. Warszawa, choć zrównana z ziemią, choć utopiona w krwi swoich mieszkańców, w końcu przecież została odbudowana i zaludniła się na nowo. Kolejne kryzysy ekonomiczne i zawirowania polityczne trzęsą w posadach starzejącą się Europą. Pozostaje kwestią otwartą, kto wyjdzie z nich obronną ręką i dziś, gdy w obu miastach nie ma już prawie nikogo, kto pamiętałby tamte krwawe czasy, wciąż pozostaje jedna różnica. Warszawiacy nie mają się czego wstydzić.
Komentarze
Prześlij komentarz